środa, 28 stycznia 2015

28 I

Zużycie maślanki, pomaślanego odpadu, pyszny chleb pszenno-żytnio-razowo-orkiszowy z kminkiem, posypany tradycyjnie makiem, kromka takiego swojskiego chleba (jeszcze ciepłego) posmarowana swojskim masłem - poezja... żadnych szynek nie potrzeba.

Chwila nieuwagi i przyszły chleb wybiera się na emigrację.


-A ja rosnę i rosnę...-


I stygnę po półtora godzinnym solarium.


"Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów Nieba.... 
Tęskno mi, Panie..."
C.K.Norwid
 

wtorek, 27 stycznia 2015

27 I

Uszate masło ;-)
W kuchni używam masło zamiennie z oliwą i różnymi olejami. Masło czasem robię sama a czasem kupuję w sklepie, wybieram masła 82% tłuszczu, i tu się zaczyna problem, 82% tłuszczu ale jakiego? Okazuje się że to co kupujemy jako masło, masłem rzadko bywa. Nie spotkałam w naszym regionie masła z informacją "82% tłuszczu mlecznego", więc jeszcze i to, trzeba będzie robić je w domu częściej. Niestety do dobrej śmietany dostęp jest ograniczony, więc trzeba zadowolić tym co jest pod ręką. A czasem pod ręką jest tylko śmietana uszata, z której, jak czytam na blogach i forach, absolutnie nie należy robić masła. Masła nie, ale już bitą śmietanę to jak najbardziej, trochę to dla mnie niezrozumiałe. Wiem, wiem, uboga ona jest po tym "zuszaceniu" w witaminy i inne składniki, ale przecież tłuszcz mleczny jest w niej nadal. Każdemu życzę dostępu do cudnej, gęstej, swojskiej, prosto od baby/chłopa śmietany ale...
Tym razem z braku innego surowca masło uszate i do tego metodą tradycyjną, klasyczne, bez dodatków, nawet nie solone bo długo nie postoi. Zawsze robione robotem na T przy użyciu motylka, a dzisiaj w stylu folk ;-)


Od tego stylu folk ręka mnie zaczęła boleć, więc zakończyłam szybciej, za to maślanka wyszła że hohoo, zostanie użyta do pieczenia chleba, dzisiaj. Folklorystyczne untesylia wracają grzecznie na półkę, następne masła tradycyjnie mikserem będą robione ;-) Efekt końcowy to, piękna maślanka z której jeszcze trochę masła można by uzyskać i osełka 190g.


Używam również masło klarowane i teraz zastanawiam się czy to aby na pewno masło???????

Za oknem brzydko, mokro, pochmurnie, resztki brudnego śniegu leżą na ziemi, podzielam nastawienie moich zwierzaków do dzisiejszego dnia, może jutro będzie lepiej...




poniedziałek, 26 stycznia 2015

26 I

Zostałam wysłuchana, szaroburą brzydotę okryła leciutka biała kołderka, od razu lepiej wszystko wygląda, mrozik niewielki, więc da się żyć, dużego mrozu nie zamawiałam ;-)
Styropianowe jajka to raczej nie moja bajka ;-), jeszcze jedno podejście zrobię ale bez wielkiego przekonania, nie mam ręki do styropianu, estetyka skręcająca wątrobę w ósemkę.


Odporność mojego organizmu padła na kolana, nie mogę się doleczyć. Trzeba się wspomóc, bo dużo pracy mnie czeka w ogrodzie i to już za chwileczkę. Przewertowałam więc kilka mądrych książek, przeczytałam pouczające internetowe porady i wzrosła moja determinacja by wprowadzić nieduże zmiany w jadłospisie. Nie, nie, nie jakieś drastyczne nakazy, zakazy itp, nie drakońskie diety, bo wytrwałość moja mieści się w przedziale średniej wytrwałości Polek ;-), więc raczej marnie to wygląda (oczywiście oprócz wyjątków, które potwierdzają regułę). Bez zbędnych więc rewolucji, wprowadziłam więcej ziół do kuchni i tych w formie herbat, i tych do gotowania. Druga rzecz to kasza jaglana, szczególnie na śniadanie, chociaż dwa razy w tygodniu. Kaszę gotuję w małym rondelku, razem z bakaliami, konsystencja zależy od ilości dolewanej wody, wiadomo że to rzecz gustu,  a obok równolegle duszę jabłuszka z cynamonem. Owoce mogą być różne, sezonowe, a nawet dżem ale z własnej spiżarni, w którym poza owocami jest cukier i NIC więcej, kaszę można ugotować wieczorem, chociaż świeżo gotowana jest zdecydowanie smaczniejsza i mamy zdrowe śniadanie . Niestety najprościej i najszybciej jest zrobić kanapkę z czymkolwiek.


Do walki o odporność włączyłam również sproszkowane owoce dzikiej róży.  Mozolnie zbieranej, dłubanej i suszonej jesienią, niepotrzebnie zresztą dłubanej, jak teraz doczytałam. Z dwóch litrowych słoików suszonej róży, po przemiale, wyszło mniej niż niż 1/3 litrowego słoika, mam więc słoik ze skondensowaną mocą :-), ciekawi mnie bardzo, czy będą odczuwalne efekty różanej kuracji.

Przed


Po


Dodatkowo (oprócz owoców) również napoje owocowe, czyli np.pomarańcz (mrożone truskawki, borówki itp.), szklanka wody mineralnej, miód i mikser z mocnym silnikiem, który nam to zmiksuje na pianę, bez pływających "farfocli", wszelkie dodatki ziołowe jak najbardziej wskazane, najlepiej świeże z doniczki, melisa, mięta i inne (cynamon, imbir, kardamon...)


Marzy mi się wprowadzenie diety rozdzielnej, ale to pieśń przyszłości. Najpierw muszę się odpowiednio zmotywować, nabrać determinacji, utwierdzić w przekonaniu. Pierwsze podwaliny ku temu zostały zbudowane, a stało się to za sprawą tej książki, która nie ma nic wspólnego z tą dietą, ale która, po przeczytaniu części rozdziałów dotyczących, gdzie poszczególne składniki pokarmowe są trawione przez nasz organizm, dała mi do myślenia.  Niestety nie jest to łatwa dieta, niby prosta a w rzeczywistości trudna do wprowadzenia i utrzymania, ale jeśli dzięki tej lekturze, będę bardziej świadomie dobierała składniki posiłków, będzie to już wielki sukces :-)  

Karton to jeden z największych skarbów kota :-)


czwartek, 22 stycznia 2015

22 I

Prawdopodobnie przesilenie zimowo-wiosenne opanowało moje jestestwo, jakiś marazm, niechciejstwo, brak słońca, niech już ta wiosna przychodzi, bo taka zima to tylko w depresję może człowieka wepchnąć. Starczyło by palców u rąk by policzyć śnieżne dni tej zimy, nikomu to nie służy, ani roślinom, ani zwierzętom a i ludziom też nie. Nigdy w życiu nie przyszło by mi do głowy, że kiedykolwiek zatęsknię za śniegiem i mrozem.

Trzeba się czymś zająć żeby nie zwariować, robię więc pierwsze wprawki wielkanocne, pisanki. Na początek proste, styropianowe jajka i kilka walentynkowych serduszek, później w lutym-marcu w ruch pójdzie dremel przy ażurkach na gęsich wydmuszkach. Jutro pierwsze dwa styropianowe jajca powinny być gotowe, na razie schną sobie przy kominku, nabite na patyki do szaszłyków.

Z tego niechciejstwa nie nastawiłam zakwasu, kupny bio też mi się skończył. Obiecuję sobie zrobić wielki słój zakwasu i wysuszyć, żeby w razie czego był pod ręką, ale na obiecankach się zawsze kończy. Tak więc wczoraj chlebek musiałam upiec na drożdżach, swojski chlebuś jest pyszny, kupne gnioty to konieczność. Zastanawiam się dlaczego jeszcze ze dwadzieścia lat temu, można było piec w piekarniach prawdziwy chleb, a teraz jakąś masakrą nas karmią. Podstawą jest zakwas, mąka, woda i sól, jako dodatek ziarna i zioła, ewentualnie drożdże ;-) i nie rozumiem jak może nie wyjść, chleb musi wyjść, jeśli nie wychodzi to chyba wina piekarnika. Ciasto zawsze zagniatam z kilograma mąki w różnych kombinacjach, tym razem chlebki upiekłam z mąki: pszennej, żytniej 720, żytniej 2000, gryczanej i płatków owsianych, jako dodatek do ciasta ziarna słonecznika. Jeden posypałam makiem, bo uwielbiam chrupiąca skórkę upstrzoną ziarenkami maku. Z takiej porcji wchodzą dwie spore keksówki. Na pierwszej fotce chlebek przed solarium a na drugim już po, powinien stygnąć choć kilka godzin, niestety nigdy się to nie udaje, jeszcze ciepłe pajdy chleba na których roztapia się masełko zostają zjadane z wielkim apetytem :-)

Moim problemem jest dzielenie "po połowie" co widać po chlebkach ;-)

Oprócz dobrego (prawdziwego) masła, którym smaruję jeszcze ciepły chleb, bo tego smaku nie da się niczym zastąpić , dobry jest również hummus z różnymi dodatkami, używam go do wystudzonego już chleba.
Z hummusem było tak, próbowałam wielu przepisów ale ciągle coś mi nie pasowało, a to tego za dużo, albo tego za mało, miałam już sobie dać spokój i zostać przy kupnym, chociaż i on nie trafiał dokładnie w mój smak. Wreszcie kiedyś, znalazłam ten przepis, i tu były proporcje składników tak dobrane, że moje kubki smakowe w końcu przestały wybrzydzać http://oszczedzaniegotowanie.blogspot.com/2013/07/hummus-przepis-podstawowy.html , z pewnością dla wielu byłby mdły i bez wyrazu, ale dla mnie jest idealny, nie dominuje smaku dodatków, jest niby neutralny, ale przemyca delikatne nuty sezamu i cytryny, jest taki mój :-)

A może tak jeszcze ciasteczko do kawy :-)



czwartek, 15 stycznia 2015

środa, 14 stycznia 2015

14 I

Piękna pogoda dzisiaj, słonecznie, cieplutko, strasznie mnie "nosi", tyle pracy w ogrodzie czeka, a ja muszę siedzieć w domu, przez te moje oczyska, w zasadzie coś jakby drgnęło w lepszą stronę, ale niewiele, pod koniec stycznia kontrolna wizyta u okulisty. Wirus zbiera niezłe żniwo w naszym regionie, wiadomości mam potwierdzone, ale ja nie mam w tym udziału bo grzecznie siedzę w domu.
Ogrodnicy i ogrodniczki niecierpliwie przestępują z nogi na nogę, jak sprinterzy w blokach, czekając na start. Na forach ogrodniczych zaczęła się wymiana informacji, co kto już sieje, posiał, kiedy siać najlepiej, czym się kierować. Omawiają różne kalendarze biodynamiczne, księżycowe i wszelkie inne formy zalecane w uprawach. Nie przywiązuję do tego wagi, może niesłusznie, więc w tym roku postaram się trzymać księżyca, bo jeśli jego siła potrafi ruszać oceany z posad, to z pewnością na małe kropelki wody np. w marchewce też ma wpływ. Tak więc, w tym sezonie ogrodniczym, przyświecał ;-) mi będzie księżyc, jego wznoszenie i opadanie, fazy, i trygony, zobaczymy co z tego wyniknie.
Ja wiosnę już czuję, rośliny też, drzewa i krzewy puszczają pąki, byliny i cebulowe wychodzą z ziemi, nagły powrót zimy i mrozu z pewnością pozbawił by nas widoku wielu roślin i kwiatów, które ewidentnie już się budzą do życia.
Nie mogę się doczekać sasanek, które z włochatych kul przypominających kosmate pająki, rozwijają się w wiosennym słoneczku w prawdziwe piękności. Nie mogę się doczekać wiosny...



 Ostatnio upiekłam coś, co na pewno zagości na dłużej w mojej kuchni, i będzie stałym dodatkiem, na letnie grillowe spotkania. Co prawda, grilla prawdziwego nie mam, bo sama osmolonych dymem (zawierającym tablicę Mendelejewa) produktów nie jadam, a i gości też nie truję ;-), więc zadowalamy się wielką elektryczną patelnią. Coś upiekłam z tego przepisu http://www.przepisownia.pl/przepisy/chleb-z-zio%C5%82ami/446139 i mogę polecić, to jest pyszne! Zrobiłam w keksówce (30x14) a nie w tortownicy i wyszło mi tak (z keksówki też lekko wyszło):

Mimo że piekłam niedawno, to za skarby świata nie pamiętam, co to jest to czerwone (bazą była cukinia), białe to naturalny grecki jogurt z czosnkiem, delikatnie posolony.
Myślę że ten wypiek, na słodko i w takiej właśnie formie, też powinien być smaczny, i na pewno ten pomysł niebawem wypróbuję.
Rwiemy ciasto łapami, maczamy w dipach, posiłkujemy się ewentualnie łyżką, potem sprzątamy, bo wszystko jest umazane dipami, smacznego! :-)

piątek, 9 stycznia 2015

9.I.2015

Nowy rok zaczął się u mnie nieszczególnie, mimo wielu życzeń zdrowia od bliskich i znajomych, los obdarował mnie grypą, z pewnością nie mnie jedną, ale jak już grypsko zrąbało moją odporność, dostałam kolejny dar losu, zjadliwe, agresywne, wirusowe zapalenie spojówek z powikłaniami bakteryjnymi. Orkowym, zapuchniętym, bolącym, piekącym, czerwonym, zagluciałym okiem spoglądam na świat, dla poprawy urody wywaliło mi żuchwowe węzły chłonne, bez charakteryzacji mogłabym dołączyć do pobratymców Bolga. Leczenie może trwać nawet osiem tygodni, piękna perspektywa, nie ma co, "spektakularne" otwarcie 2015 roku. Po zakończeniu leczenia, mój system immunologiczny będzie pewnie leżał na plecach jak żuk jakiś i machał bezradnie łapkami. Trzeba będzie nad nim intensywnie popracować, nadwyrężać oczu nie mogę, więc dokształcam się słuchając dostępnych wykładów w zakresie dietetyki, ziołolecznictwa i tym podobnych, intensywna edukacja trwa, wspomagana zamówieniem książek które po odzyskaniu oczu mam zamiar zgłębiać. Czekam więc na przełom w chorobie, odpoczywam, mam przymusowy urlop od wielu spraw, orkowym okiem patrzę na piękny świat i podziwiam jego cuda, cuda przyrody, bo dzięki mim życie jest piękne.