wtorek, 12 grudnia 2017

:(

Dzień zły, pogrzeb, znajoma ma przerzuty, jednego z dokarmianych dzikusków zagryzły wypuszczane luzem wiejskie psy. Za dużo dla mnie...


środa, 6 grudnia 2017

Czarna Kawka.

To jedna z moich ulubionych kafejek. Bywam tam przy okazji...psiego spa ;). W małym, uroczym miasteczku, jednym z najstarszych w Polsce (lokacja XIIIw), niestety niedofinansowanym, jak wiele zabytkowych perełek w naszym kraju. Zwanym też polskim Carcassonne, choć dla mnie jest to mikro-Kraków :), stare miasto, otoczone murami obronnymi i plantami.....z platanami. Po bardzo popularnej swego czasu sztandarowej kawiarni, został tylko metalowy napis Carcassonne, potocznie zwana Karkasonką. Piękne czasy młodości, beztroskie lata.
Karkasonki niestety już dawno nie ma, ale jest Czarna Kawka :)
Czarna kawka, to maleńka kawiarenka, klimatyczna, właścicielka włożyła w nią cząstkę siebie i stworzyła tam wyjątkową atmosferę. Kafejka ma duszę i osobowość, lubię takie miejsca.



Jako że staram się trzymać dietę zapodałam sobie ;)




mało dietetyczne, ale jakie dobre :)

Do miasteczka jeszcze wrócę, w następnym wpisie, bo teraz psy mnie wołają na spacer. Siła wyższa.

czwartek, 30 listopada 2017

Octowy finał.


Jabłkowo-malinowy, lekki, smak z owocowymi nutami, orzeźwiający, nie za mocny, taki w sam raz :)
Gruszkowy, cięższy, mocniejszy, smak wyborny, zdecydowanie za mało zrobiłam.  


środa, 29 listopada 2017

Leniwa kapusta, leniwa ja.

Lenistwo to bardzo przyjemny stan, więc....robię wtedy kiedy muszę, a kiedy nie muszę, robię tylko to co lubię.
Wszystko to, co zabiera mi czas na robienie tego co lubię, staram się upraszczać do minimum ;)

...ale miało być o kapuście. Bigosów nie jadam, ale kapuchę lubię, bardzo. Nic mnie też nie zmusi to kiszenia tych wielkich siekanek w worach foliowych, które jesienią zalegają na straganach, ani tym bardziej siekania dwudziestu lub więcej kilogramów kapusty w główkach, zdecydowanie bardziej wolę pospacerować z psami, albo poczytać dobry kryminał.
A dlaczego nie? Bo nie lubię przekiszonej, kwaśnej kapuchy. I to jest zasadniczy powód nie kiszenia ilości hurtowych na raz, tylko kiszenia systematycznie po dwie główki, a nawet po jednej. Nie lubię też kiszonego kapuścianego spaghetti, więc traktuję moją kapustę mikserem, jak również marchewkę, dodaję sól i przyprawy, najczęściej kminek który uwielbiam i zostawiam wszystko w spokoju do dnia następnego.


Dnia następnego kapusty "robi" się mniej o połowę, łatwiej ubić do słoików, zakręcam, stawiam na tacę, bo zawsze wykipi. Jeszcze się nie zdarzyło żeby doczekała przekwaszenia. Zjadana niemal na bieżąco, swoja, dobra i nie pracochłonna ;)))


  Najsmaczniejsza taka na wpół ukiszona, jak ogórki małosolne :)))

niedziela, 26 listopada 2017

Dzień za dniem.

Czarny piątek, zakupowe szaleństwo. Nawet za dopłatą w taki dzień do sklepu bym się nie wybrała, a ponadto nikt mi nie będzie mówił kiedy i co mam kupować, i nie wciśnie mi piątej niepotrzebnej spódnicy czy inszego swetra. Zakupowy amok zostawiam lubiącym zakupy.
Za to z pożytkiem dla zdrowia zebrałam z grządki resztę zielonej pietruszki, zmiksowałam z olejem i solą i hop do zamrażarki, w takiej formie nie zamarza na kamień, łatwo ją dzielić i nie zajmuje dużo miejsca, bardzo lubię smak świeżej zielonej pietruszki, szczególnie w środku zimy.


I upiekłam chlebuś, mój ulubiony, z makiem, siemieniem i słonecznikiem, choć tym razem zamiast słonecznika, który się mi był zbył, sypnęłam orzechów nerkowca. Jak zawsze swój chlebuś jest smaczniutki i je się go o dużo za dużo, niestety ;)


A dzisiaj, wykorzystując ostatki (oby nie) przyjemnej pogody, pospacerowaliśmy po alejkach parku zdrojowego w Polanicy. Niedługo zima zamknie mnie na -do wiosny- w domowych pieleszach ;)

tam


i z powrotem ;)


a w niewielkiej Ferozzi Art Galery można podziwiać takie misterne cudeńka tamtejszej artystki a zarazem właścicielki galerii Beaty Bembnik.







zdjęcia absolutnie nie oddają rzeczywistego piękna tych misternych dzieł.

Wracając na własne podwórko, ptaszki przyzwyczajają się do karmników i zaczynają gromadnie przylatywać na poczęstunek.


a w chatce jak zwykle ;)




poniedziałek, 20 listopada 2017

Ostatnie ziółka...

...oczywiście pakowane, nie zrywane. Choć po prawdzie zrywane nie tak dawno, takie resztki, ostatni wysiłek przyrody zanim zaśnie snem zimowym. Jeszcze będę suszyć ze dwa-trzy liście karczocha, bo ma jeszcze piękne, zielone, soczyste liście. Karczochy stoją na zimowanie w spiżarce, w wielkich donicach. A wszystko przez myszy/nornice, zeżarły moje trzyletnie karczochy zimujące w gruncie. Owszem, szybko wysiałam nowe, ale bez szans na karczochową ucztę, przynajmniej urosły piękne ogromne rośliny, już się ślinię na przyszłoroczne zbiory. W tym roku muszę się zadowolić gorzkim zielem karczocha, ale za to samo zdrowie, choć zdecydowanie wolę pąki kwiatowe ;)

-Karczoch polecam przy dyskinezach dróg żółciowych, kamicy żółciowej, niewydolności wątroby, przy stwierdzeniu marskości i stłuszczenia wątroby. Ponadto przy zaparciach, zaburzeniach trawiennych, wzdęciach, przy narażeniu na czynniki uszkadzające wątrobę. Wreszcie zażywać przy hiperlipidemii, hipercholesterolemii i hiperglikemii. Proponuję również spróbować karczoch w leczeniu przewlekłych chorób skóry, na tle zaburzeń metabolicznych.-
 źródło: http://rozanski.li/396/karczoch-artichoke-cynara-scolymus-l-nowe-spojrzenie-na-skladniki-i-aktywnosc/

Szczególnie cenię karczocha za właściwości odtruwające i dwa razy do roku robię sobie taką dwu-trzy tygodniową odtrutkę wątrobową.
Karczoch karczochem, a dzisiaj popakowałam 
wrotycz



wrzos



lawendę



nagietki, aksamitki, wszystkiego po troszkę, żeby zużyć do nowego sezonu i nie wyrzucać


  
A jako że sezon dyniowy w pełni, to dynia w mojej kuchni stoi na okrągło, dzisiaj zupa dyniowa i ciasto dyniowe. Zupa tak, ciasta tylko odrobinkę, tyle co wróbelek ;)))), ale nic się nie zmarnuje, Połówek z wielką przyjemnością o to zadba.


Przez zimę muszę zwalić (chcę, życzę sobie itd) pięć kilogramów.

Takim to dobrze, rąbią słoninę na okrągło a prawie nic nie ważą ;)




piątek, 17 listopada 2017

Czarne mydło jest czarne ;)

Jestem z niego bardzo zadowolona, używam je ponad rok i pewnie nie zmieni się to szybko, chyba że ktoś wymyśli coś jeszcze bardziej ekstra dla mojej skóry/cery.
Ostatnio, w czasie rozmowy o czarnym mydle ze znajomą, odniosłam wrażenie że rozmawiamy na innych poziomach i w naszej rozmowie nie ma "styku" ;). I być nie mogło bo rozmawiałyśmy o dwóch różnych mydłach. Ja o marokańskim Savon Noir a ona o Czarnym Mydle Agafii. Jedno i drugie naturalne, moje tylko z oliwy i oliwek, jej z trzydziestu siedmiu ziół. To jednak dwa różne mydła, choć oba potocznie nazywane czarnym mydłem. "Styk" naszej rozmowy nastąpił przy dyskusji o myciu włosów, znajoma stwierdziła że po umyciu miała całkiem fajne włosy, mnie to zdumiało, bo po umyciu Savon Noire włosy są sto razy gorsze niż przed myciem, jakby się kostkę smalcu rozsmarowało na głowie. Do włosów nie polecam!!!
Zapach Savon Noire jest hmmm...delikatnie mówiąc dyskusyjny ;) Moim subiektywnym zdaniem pachnie mechanikiem samochodowym który właśnie wymienił olej w aucie.
Niemniej jednak nie zamienię go na żadne inne. Przy mojej mieszanej, dojrzałej cerze z problemami, jest najlepszym specyfikiem jakim kiedykolwiek traktowałam swoją twarz i ciało.  Chyba jednak nie każdej cerze ono odpowiada, bo wiele opinii w internetach jest negatywnych, a to ściąga, a to śmierdzi, bywa, dla mnie jest super.
Trochę "glutowate i gumowate", niezbyt pieniące się o problematycznym zapachu, ale warte wypróbowania :)))
Jest wiele firm mających Savon Noir w sprzedaży, ja używam takie





   
Przymrozki zawitały i do nas, więc ptasia stołówka ruszyła pełną parą. Jeszcze poidełko trzeba przysposobić, ale na to jest czas dopóki nie zamarzną oczka, strumyki i rzeczki.


Różyczki jednak się nie poddają :)




wtorek, 14 listopada 2017

:)))))))))))

:)))) Zdecydowałam się po ciężkich wewnętrznych walkach :))))
Niech i one mają swoje własne miejsce w sieci, skoro mają je w moim sercu. Zimne noski. 

niedziela, 12 listopada 2017

Rzutem na taśmę...


I był, był wczoraj spacer, słońce przebijało się przez chmury, ale wiatr "pachniał" już śniegiem i zimą. Zabraliśmy rudą na spacer, bo ona bidula pokrzywdzona, "smyczowa", nie może poszaleć po ogrodzie, no i najmłodsza, i zdrowa, i sprawna. 
Głupot z głowy nie wywiało, ale na pewno się dotleniłam solidnie, co jesienią i zimą nie zdarza mi się zbyt często, w tym czasie wolę buzujący ogień w kominku, gar gorącej kawy, czasem lampkę wina, i tym podobne jesienno-zimowe szaleństwa. 




Rzutem na taśmę zebrałam też wiecheć wrotyczu o którym zapomniałam w lecie. Wbrew porze roku był świeży, zielony i kwitł, ucieszyło mnie to bardzo.


  Wrotycz szczególnie dedykuję mojej kocio-psiej bandzie, ale i dla siebie odłożyłam trochę najładniejszych listków i kwiatów. Nastawiłam wrotyczowy olej, najpierw go podgrzewałam w wodnej kąpieli w temp 40st, teraz niech się maceruje przez kilka dni.


Przed wrotyczem ostrzegają, że trucizna, a przecież od zawsze towarzyszył człowiekowi. W nadmiarze zaszkodzić może prawie wszystko, lecz po to mamy rozum by go używać, choć to sprawa dyskusyjna, gdy się człowiek rozejrzy wokół siebie...

O wrotyczu:
http://www.rozanski.ch/tanacetum.html

A to jeden z wrotyczowych użytkowników ;)



Dzisiejsze popołudnie spędziłam w teatrze, świeże wrażenia, uczucia mieszane, muszę "przetrawić" tą komedię.

piątek, 10 listopada 2017

Resztki.


Resztki resztkami, a ja mam gorszy czas, ...się trochę rozsypałam jak puzzle, usilnie próbuję się poskładać, ale opornie mi to idzie. 
Stan zdrowia mamy i ta paskudna jesień, chyba najbrzydsza od kilku lat, wcale mi nie pomaga w psychicznej reanimacji. Zastygam jak ogród na zimę. 
A to jego resztki, ogrodu znaczy ;)  
A jutro dłuuuuugi spacer, może mi się w głowie i w duszy rozjaśni.


Ostatnia ostróżka
  
Ostatnie kwiaty powojnika

Ostatnie czarnuszki

Ostatnie, ostatnie, ostatnie...




Byle do wiosny...

sobota, 4 listopada 2017

Twój Vincent...

...byłam wczoraj. Wreszcie film dotarł na prowincję. To jeden z tych niewielu filmów, po których końcu ludzie nadal siedzą w ciszy na widowni przez dłuższą chwilę, zanim zaczną się zbierać do wyjścia. Lepszej recenzji nie trzeba :))) 
Życzę twórcom tego pięknego obrazu Oskara.

Mój listopad generalnie kulturą stoi ;), czekają mnie jeszcze dwa spektakle teatralne: "Przepraszam, co pan tu robi?" i "Kiedy kota nie ma.". Komedie w sam raz dla zrównoważenia listopadowej pogody. Podobno śmiech to zdrowie :)  

środa, 1 listopada 2017

Quo vadis...


To zdjęcie zrobiłam dwa lata temu, na zrujnowanym, zapomnianym cmentarzu, już było wrzucone na bloga, ale ciągle do niego wracam. Jest dla mnie symboliczne, z przesłaniem, do refleksji, jak w tytule...quo vadis człowieku...quo vadis?


piątek, 27 października 2017

Helleborus.


Po prostu ciemiernik. Niewiele jest kwiatów kwitnących zimą, zaliczają się do nich ciemierniki. Nie były przedmiotem mojego pożądania... do czasu..., do czasu kiedy zobaczyłam je na imprezie kwiatowej, poustawiane odmianami w skrzynkach, w każdej skrzynce przynajmniej po kilkanaście doniczek, wszystkie kwitły, były piękne w swej masie. Poczułam że muszę je mieć, choć kilka. Wszystkie wabiły pięknymi kwiatami, nie potrafiłam wybrać, w zasadzie było to losowanie a nie świadome wybieranie. Do domu pojechały ze mną cztery sztuki. Cóż, w liczbie pojedynczej nie wyglądały już imponująco, choć tanie nie były. Cztery-pięć listków plus kwiatek, dwa. Po posadzeniu, jeden natychmiast usechł i znikł. Nie miałam do niego pretensji bo ogrodniczka to ze mnie raczej nie najlepsza, w zasadzie to nie raczej a na pewno. 
Jakież było moje zdziwienie i radość, kiedy wczoraj zauważyłam że nieboszczyk zmartwychwstał, jest, jest mała kępka listków. Mam więc nadal cztery odmiany ciemierników, a jeden z nich wyrwał się przed szereg i zamiast w lutym zakwitł już teraz. Co prawda na razie jednym kwiatkiem, ale jakim pięknym :)))


Czekam teraz na kwitnienie odmian

  1. Double Ellen White Spotted
  2. Double Ellen Pink Spotted
  3. Double Ellen Purple

wtorek, 24 października 2017

Piękna...


To moja piękna, najstarsza, od której zaczęły się moje chryzantemowe sympatie.




...jakby coś...



...no właśnie...jakby coś się przejaśniało...radość wielka...promyki słońca przebijają się nieśmiało przez chmury...od razu lepiej na duszy...
Jeszcze żeby to "coś" po mnie nie łaziło, przywleczone do domu przez Połówka.
Słońce to radość...bezapelacyjnie :)))