sobota, 13 stycznia 2018

Wykrakałam...

...w dzieciństwie miałam przezwisko >wrona< , więc krakanie nie powinno mi być obce. Mróz, przyszedł, może nie jest to wielkie mrozisko, ale dla rozbudzonych roślin te kilka zapowiadanych mroźnych dni a szczególnie nocy, może być w skutkach tragiczne. Wskoczyłam więc dzisiaj w ten przenikliwy, zimny wiatr, okryłam to na czym mi naj-najbardziej zależało, reszta musi sobie radzić sama, ale straty będą na pewno dotkliwe, ocenimy wiosną. Grubą warstwę kory dostały chryzantemy, które ostro ruszyły z wegetacją, liliowce, piwonie i inne rozbudzone rośliny, wielki kopiec moja ulubiona Sally Holmes, włókninę zimową dodatkowo młodziutkie rodki, jedna chryzantema która w ogóle w tym roku nie zasnęła na zimę, hiacynty i żonkile. Kilka donic dostało dodatkowe ubranka. A teraz zostaje nadzieja by wiosenny bilans wyszedł jednak na plus, choć czarno to widzę.



Mimo ciepłego ubrania i czapy, wygwizdało mi nieźle głowę, więc po powrocie do domu zaparzyłam sobie kubeł jeżówki z dodatkiem płatków róży dla podniesienia smaku ;), z miodkiem wrzosowym, a teraz rozgrzewamy się tą "rudą na myszach", razem z Połówkiem, on też zasłużył bo pomagał :)

A w domu, całe kotowe bandziorstwo nagle zapałało wielką sympatią do kaloryferowego leżaka, to najlepsza zimowa miejscówka z podgrzewaczem dupencji w zestawie, więc kto pierwszy ten lepszy, wystarczy chwila nieuwagi i...smuteczek ;)))  




A reszta...orze jak może...








sobota, 6 stycznia 2018

A miało być o czymś innym...

...a jest o kurach. Zmotywował mnie wpis Agatka o jej szczęśliwym stadku, bardzo miło się czyta jej pełne troski słowa o pierzastych podopiecznych, zresztą wpisy Agatki w ogóle przyjemnie się czyta :). A stadko ma bardzo atrakcyjne i kolorowe :)
Ja też mam kury, kilka sztuk, troszczę się o nie, a one mi się odwdzięczają smakowitymi jajkami. Bardzo podobają mi się ozdobne kurki i nawet na początku mojej kurzej przygody miałam kilka, ale teraz zostały już tylko dwie. 
Pomyślałam że skoro pomagam zwierzętom, to mogę pomagać i kurom, przynajmniej tym które trafią do mnie, to przecież też zwierzęta. I nie mam zamiaru prowadzić dysput o jedzeniu mięsa czy nie jedzeniu, bo to indywidualny wybór każdego z nas, ale o szacunku do życia. 
Z przyczyn naturalnych, choć nie do końca, bo dwie kurki zniknęły jak kamfora, podejrzewam lisicę lub ptaki drapieżne, których u nas dostatek, a do tego wcale się ludzi nie boją i potrafią atakować w obecności człowieka, w każdym bądź razie, zostały mi tylko dwie nioski sierotki. Tak więc, kolejny już raz, niecały miesiąc temu trafiły do nas cztery kurki fermowe. Półłyse, wymęczone, pościskane w klatkach jak sardynki w puszce, obwożone ciężarówką po całej gminie. 
Urodziły się po raz drugi, niczego nie znają, uczą się żyć, uczą się jeść, uczą się grzebania w ziemi. Zaczynają odrastać im pióra. Zaczynają być kurami.







A w ogrodzie? Wszystko na wierzchu, rośliny ruszyły jak na wiosnę, jeśli przyjdą mrozy, a na pewno przyjdą, straty będą ogromne. Wszystkie cebulowe na wierzchu i pustynniki, i dyptam, i chryzantemy, rozchodniki. Pąki na drzewach. Róże. :((((
Ta wiosna w styczniu moim zdaniem nie wróży nic dobrego, w zimie powinna być zima, i już ;)






   

wtorek, 2 stycznia 2018

Fejsbuuuuuczki...

Ostatnimi czasy z deprechy wyjść nie mogę, ale mam problem z systematycznością ostatnio i to mooooże jest powód, zapominam o lekach. Pewnie zahaczam też niechcący o dwubiegunówkę, więc mimo deprechy teraz kulam się ze śmiechu. Połówek jakieś mecze ogląda a mi łezki ze śmiechu obraz rozmazują. Kochany fejsbuczek, mój kabarecik, źródełko wiecznie tryskające humorem? Głupotą tysz...
Nagle w oczy wpadł mi wszawy problem szkolno-przedszkolny. Przerażone mamy wymieniały się sposobami na pozbycie się wszów/wszy/wesz z głów swoich pociech.
Nie żebym się miała wyśmiewać z problemu, absolutnie, choć nie mam pojęcia jakim cudem takie plagi mogą jeszcze występować we współczesnych czasach, ale skoro są to trzeba z nimi walczyć na wszelkie sposoby, lub podrzucić dziecko pawianom na dzień lub dwa. Wszystkie rady płyną pewnie z serca, a zrozpaczone matki chłoną je jak gąbka, więc świnia ze mnie okropna że rżę z niektórych jak koń. A które z tych porad doprowadziły mnie do ataków śmiechu?
Współczesne fejsuczkowe sposoby na wszy:

- natrzeć głowę majonezem i założyć czepek (spłakałam się do łez, widząc oczami wyobraźni majonezowy masaż głowy)

- upiec gnidy prostownicą do włosów (kryminałem pachnie)

- udać się do...weterynarza (co lekarz to lekarz)

- umyć głowę szamponem na pchły :)))

- muchozolem (tu już ryczałam ze śmiechu)

Oczywiście było jeszcze dużo innych rad, ale te wybitnie poprawiły mi humor za co serdecznie dziękuję fesbuczkowi i jego użytkownikom.
...ale uwierzyć nie mogłam że wszy są takim problemem...nadal...